ZALOGUJ SIĘ REJESTRACJA

Usłysz wszystkie odcienie dźwięków

Moja historia A A A

Ponoć na zachodzie nosi się aparaty, nie ukrywając ich. Tam jest to normalne. 15 lis, 2015

Śpiew ptaków, rechot żab, cykanie cykad, szum wody i kropli deszczu po szybach okien - dla człowieka, który dobrze słyszy to normalność. Nic w tym wszystkim nie ma dziwnego, lecz dla kogoś kto słuch traci, dla kogoś kto przez lata dzieciństwa i młodości odbierał te wszystkie dźwięki bez problemu, dla człowieka, wokół którego stopniowo robi się coraz ciszej to tragedia, to utrata również wiary w siebie, w swoje możliwości, gdyż oprócz pięknych głosów natury, dźwięków otaczającego ją świata przestaje słyszeć głosy bliskich osób: matki, męża, dzieci. Jak wtedy żyć, co robić? Chęć usłyszenia i ciągłe powtarzanie: proszę? słucham? nie rozumiem, powtórz jeszcze raz, to ciągłe dręczenie osób, z którymi się rozmawia i wprowadzanie samej siebie w nerwice. Tak było ze mną. 23 lata - najpiękniejszy wiek, kochany mąż, troje wspaniałych dzieci, skończone studia, pierwsza praca z dziećmi (jestem nauczycielką) - i nagle wszystko się załamało. To straszne, ale przecież muszę słyszeć, muszę słyszeć szczebiot moich ukochanych dzieci, czuły głos mojego wspaniałego męża, przecież mam dla kogo żyć i pracować. Wspólnie z mężem poszukujemy pomocy i tak trafiam na oddanego swoim chorym lekarza laryngologa, który nie poprzestaje na leczeniu czy pocieszeniach, lecz zaleca aparat słuchowy. Ja przebywam akurat na urlopie wychowawczym, za rok otrzymuję aparat - okulary (szkła zerówki, wzrok mam bardzo dobry). To był cudowny aparat duński (Oticon). Zaczęłam nowe życie. Przyzwyczajenie się do aparatu nie jest zbyt łatwe, lecz upartość i wytrwałość powoduje, że na nowo zaczynam słyszeć. Ćwiczenia w słuchaniu, odbieraniu różnych dźwięków, wyłapywanie dla mnie tych ważnych, doprowadziły do tego, że zaczęłam słyszeć lepiej od innych. Po urlopie zatem wróciłam do pracy, nikt - ani przełożeni, ani koleżanki z pracy, ani też moi wychowankowie, nikt nie wiedział jaki podczas mojego urlopu przeżyłam koszmar. Pod fryzurą „na boba” ukrywałam moje małżowiny uszne wypełnione „smoczkami” od aparatu. I tak zaczęłam na nowo funkcjonować, powróciła we mnie chęć do życia, pracy, a co najważniejsze zaczęłam na nowo odbierać cudowny świat. Aparat stał się dla mnie uzdrowieniem, uzdrowieniem mojej psychiki, aparat dał mi radość życia.

Lecz teraz wiem, jak dobrze postąpiłam ukrywając go włosach - gdyby nie to prawdopodobnie straciłabym pracę, a potem zdrowie, pewnie bym się zupełnie załamała. Bo jest to bardzo przykre, ale wiadome wszystkim, że oprócz ludzi dobrych i wyrozumiałych są też źli i zawistni. Zdarzyło mi się kiedyś, że w pokoju nauczycielskim jedna z koleżanek zerwała mi z oczu moje cudowne okulary, przypuszczam, iż kiedyś przy zdejmowaniu czapki zauważyła coś, co wprawiło ją w podejrzenie, chciała sprawdzić co kryją moje włosy i bezczelnie dopięła swego. Doprowadziła najpierw do wesołej zabawy, a potem zerwała mi z oczu aparat. Zrobiła się nieprzyjemna atmosfera, zmieszałam się ja i wszyscy wokół. Powiedziałam: "jeśli popsułaś mi aparat, będzie cię on drogo kosztował". Wyszłam z pokoju, wróciłam do klasy, do dzieci. Było mi niezmiernie przykro, ale jeszcze bardziej przykro było mi za jakiś czas, kiedy to inspektor oświaty na wniosek moich koleżanek skierował mnie z urzędu na komisję lekarską, by upewnić się, czy nadaję się do pracy. Nie zważał na to, że normalnie słyszę, że nie ma mi nic do zarzucenia, że oprócz normalnych lekcji prowadziłam lekcje pokazowe dla nauczycieli, że uzupełniam swoje kwalifikacje zawodowe. Zdobyłam tytuł magistra (z oceną bdb), skończyłam studia podyplomowe, zrobiłam jako jedyna w gminie specjalizację zawodową II stopnia. Jemu zaś wyraźnie przeszkadzał aparat słuchowy w moich uszach. Na szczęście komisji lekarskiej aparat nie przeszkadzał, przy zwykłej ściszonej rozmowie ze mną nie padło z mojej strony ani jedno "proszę?" czy też "proszę powtórzyć". Komisja jednogłośnie i bez wątpienia dała mi orzeczenie - może pracować. Inspektor nie zdobył się na gest przeprosin, nie uzyskał ze swojego działania satysfakcji.

Za to ja miałam satysfakcję nie lada, kiedy uczeń z ostatniej ławki w klasie na sprawdzianie próbował ostrzec cichutko swojego kolegę, żeby nie ściągał, bo pani patrzy i widzi. Wówczas ja powiedziałam: "widzę, ale też słyszę, że go ostrzegasz". A on mi na to: "ale pani ma super słuch!". I to była moja satysfakcja.

W ciągu 30 lat pracy i do chwili obecnej korzystałam z dwóch aparatów. Z pierwszego po kilku latach zrezygnowałam ze względu na bardzo dobry wzrok, a okulary po wejściu z chłodnego otoczenia do ciepłych pomieszczeń zaparowywały. Wtedy miałam kłopot z czyszczeniem. Drugie aparaty to zauszniki (Widex), zakładam je jak kolczyki, bez problemu, noszę je ze "smoczkami", nigdy nie nosiłam wkładek protetycznych, do nich przyzwyczaić się nie mogłam. Codziennie ładuję akumulatory i nie zdarza mi się zapomnieć wyłączyć je na czas. Wymiany akumulatorów dokonuję wszędzie: na ulicy, w domu przy gościnnym stole. Robię to tak sprawnie, że nikt nie jest w stanie zauważyć. I w ten sposób dzięki aparatom czerpię radość z życia, dopracowałam się emerytury i nie jestem od nikogo zależna, mam swoje wypracowane pieniądze.

Teraz śmieję się i proszę zwracając się do moich bliskich mi osób: męża, synów lub córki - "podaj mi moje uszy, to będziemy rozmawiać". Czasem sobie myślę: "jak to dobrze, że mam odkładane na półkę uszy, mogę wtedy odpocząć od nadmiernego hałasu". Te moje "odkładane uszy", gęste puszyste włosy i fryzura „na boba” przez całe życie dały mi możliwość funkcjonowania w społeczeństwie, robienia tego co lubię, czym się fascynuję, a tak naprawdę te wszystkie elementy razem wzięte pozwoliły mi przejść z niewielkimi przygodami przez całe moje dorosłe życie.

Dlaczego do aparatu słuchowego potrzebna jest odpowiednia fryzura zasłaniająca, można by powiedzieć, szczelnie małżowiny uszne? Dlatego, że nasze społeczeństwo nie rozumie ludzi dotkniętych niedosłuchem. Nikogo nie razi fakt, że ktoś nie dowidzi i nosi okulary, nawet niektórzy chętnie zakładają tzw. „zerówki” dla szpanu, dodania sobie powagi czy poprawienia urody. Natomiast aparat słuchowy nosi „głuchy” czyli ktoś, kto powinien być zepchnięty na margines. A ja powiem, że bardzo się mylą ci ludzie, którzy tak sądzą. Aparat słuchowy przywraca do normalnego życia. Mnie osobiście dał możliwość normalnego funkcjonowania, dzięki moim "nowym uszom" mogłam dokształcać się, skończyłam studia magisterskie oraz podyplomowe, zdobywałam stopnie specjalizacji. Byłam nauczycielką i pracowałam w szkole podstawowej, uczyłam geografii, na każdym kroku i wszędzie wspomagałam nauczycieli języka polskiego. To dzięki mnie dzieci zaczynały mówić wyraźnie, wyrabiałam u nich dykcję. Posługując się aparatem słuchowym nie bałam się prowadzić obozy wędrowne, wycieczki, rajdy rowerowe i piesze. Dzieci pozostawały wtedy pod moją opieką przez całą dobę. Byłam pilotem wycieczek krajowych, także dla dorosłych. Prowadziłam lekcje pokazowe dla nauczycieli z całej gminy. Można powiedzieć: pracowałam na pełnych obrotach.

Niektórzy sprawni, bez żadnych uszczerbków na zdrowiu, nie byli w stanie osiągnąć tego, co ja osiągnęłam w swoim życiu, ja - osoba z niedosłuchem wspomagana przez aparaty słuchowe.

Niedosłuch obustronny - zdawałoby się, że to już koniec, klęska, ale nie dla mnie. To ja potrafiłam jeszcze nieść pomoc innym pracując jako opiekun PCK. Również teraz, choć jeszcze tylko za pomocą słów, chciałabym pomóc wszystkim osobom niedosłyszącym i radzić im, by korzystały z aparatów słuchowych, gdyż dzięki nim można się dowartościować, żyć i pracować normalnie, cieszyć się życiem i słuchać otaczającego świata. Życzyłabym także sobie i innym z podobnymi problemami, by nie musieli kryć swoich uszu we włosach, by społeczeństwo zaczęło nas rozumieć i jego reakcje były właściwe, normalne, a nie złośliwe. Ponoć na zachodzie nosi się aparaty, nie ukrywając ich. Tam jest to normalne.

Urszula Kubiak
Moszczenica